Na służbie - cz. IV
W tej chwili wszakże od ganku słyszeć się dało wołanie:
— Julku! Julku! Skierczyna szukała syna.
— Mój Julku — rzekła surowo, gdy go nadchodzącym ujrzała, — wiesz przecie, że masz gości! Tańce idą opieszale, niema nikogo, coby je podniecał. Kocia nie ma dansera do mazura!
— Było strasznie gorąco. Wyszedłem trochę się ochłodzie, ale wracam już do obowiązku.
— I Stefan znikł gdzieś z Aliną. Uważam, że go kokietuje nie na żarty. Dobra dziewczyna, ale przeczuwałam zawsze, że kokietka.
— Fałszywie ją mama sądzi. Spotkałem ją w ogrodzie samą. Niema przy niej Stefana.
— A gdzieżby był? Musiał on tam być gdzieś blizko.
Juliusz właśnie wprowadzał Kocię w koło tańczących, gdy drzwiami od werandy weszła Alina, a za nią Stefan. Juliusz spotkał wzrok matki, mówiący z pewnym tryumfem:
— A widzisz!
Alina podążyła do fortepianu i zastąpiła przy nim Zdzisława, którego siły bardzo były potrzebne do mazura, gdyż jeszcze dwie panny czekały na danserów. Stefan usiadł obok Aliny.
— Stefan! — zawołał Juliusz — jeszcze panna Radłowska nie ma dausera!
— Jestem tak źle traktowany przez danserki, że straciłem zupełnie odwagę wszelką. Panna Stamarska tylko co mi odmówiła, nie śmiem się więc posunąć do panny Radłowskiej i tu, przy fortepianie, pokutę odprawiać zamyślam!
— Proszę cię, bez żadnych żartów! Idź i tańcz! Przecie panny siedzieć nie mogą.
Juliusz spojrzał na niego tak surowo, że go ochota do żartów odstąpiła. Pobiegł ku danserce, którą mu przeznaczono. Ale podczas tańca innych par znowu się tak zdarzyło, że obok grającej Aliny siedział z jednej strony Prędowiez, z drugiej Stefan. Juliusz zbliżył się, oparł się o ścianę i, chłodząc twarz chustką, nasłuchywał rozmowy, toczącej się przy fortepianie.
— Tak, pani, sama ewangelia to nakazuje — mówił Stefan, — Wacław jest też pewno tego zdania: Nie ukrywaj światła pod korcem, nie chowaj skarbów twoich. Pani jest doprawdy nielitościwą dla nas i skąpa jak Harpagon! Nieprawdaż, Wacławie? Żeby też włożyć suknię pod samą szyję!
Należał nam się doprawdy mały wycięty klinik lub kwadracik... Takie okienko otwarte na dary Boże najpiękniejsze!
Alina, uderzyła mocno basowe akordy mazura i nawpół tylko słyszała słowa Stefana, który mówił dalej:
— Pani milczy, więc pani przyznaje się do winy!... pani uznaje, że się nam należało takie okieneczko, i jutro je nam pani otworzy.
— Mnie się zdaje, że wcale co innego ci się należy, Stefanie — ozwał się nad uchem przedsiębiorczego młodzieńca głos surowy Juliusza. — Strzeż się! To, co ci się należy, możesz łatwo otrzymać!
— A temu co się znowu stało? — zawołał Stefan z komiczną zgrozą.
— Odejdź stąd! Pannie Stamarskiej utrudniasz swobodę ruchów! I tak się już męczy, grając, a tak tu gorąco, że się udusić można.
Stefan wstał i, odciągając Juliusza na stronę ze śmiechem i domyślnym wyrażeni twarzy, ozwał się, mrugając jednem okiem na sposób łobuzów warszawskich:
— Co? niedobrze ci się robi, gdy ja koło niej siedzę? Prawda, że dyabelnie ładna ta dziewczyna! Czy onaby tak przypadkiem nie chciała trochę świata zobaczyć... trochę się przejechać?... Ale nie wejdę ci w drogę, jeżeli ty...
Wyraz twarzy Juliusza stał się tak surowym, że aż przyprawił o zmieszanie śmiałego młodzieńca.
— Słuchaj, Stefanie! — rzekł Juliusz głosem, w którym drżał gniew. — Ta dziewczyna jest mi niczem i nigdy niczem nie będzie, ale jest w domu naszym i mam sobie za obowiązek nakazać ci dla niej poszanowanie. Ton, który z nią przybierasz, jest nieprzyzwoity i proszę, byś go zmienił. Inaczej będę cię musiał prosić o opuszczenie Zbrucza. Będzie to z mej strony niegościnnie, ale uczciwie.
— Robisz wielkie rzeczy z niczego! — rzekł Stefan z niecierpliwością. — Przecie ci się ta panna nie skarżyła na mnie? Wierzaj mi, że ona jest bardzo rada, że się koło niej kręcę. Rozrywa to nudę, która cięży na życiu nauczycielek. I przecie jej to pochlebia, że ktoś ocenia jej wdzięki. Na coby się zdała kobiecie piękność, gdyby nie przyciągała?
— Czy myślisz się o nią starać? — zapytał Juliusz poważnie.
— Ja, starać?! Przecie jestem przy zdrowych zmysłach!
— A gdyby ona twoje piękne słówka wzięła za dowody miłości?
— Niech je tak bierze! To właśnie ślicznie! Niech sądzi, że ginę z miłości dla niej!
— A gdyby się w tobie zakochała?
— Doskonale! Nic przyjemniejszego, jak widzieć rozkochane spojrzenia pięknej panny, spoczywające na sobie. Miłość jest to taki sznureczek, za który daleko dziewczynę poprowadzić można.
— Stefanie! — zawołał groźnie Juliusz.
— No, co? Boisz się o jej cnotę?
— Nic a nic! Ale chcę wierzyć, żeś w tej chwili żartował, żeś nie mówił ze szczerym cynizmem, żeś więcej wart, niż twoje słowa!
— Albo to ja jeden taki? Alboś ty sam więcej wart ode mnie?
W tej chwili jedna z panien wyciągnęła rękę do Stefana i zabrała go do figury. Juliusz został z sercem pełnem gniewu, goryczy i upokorzenia zarazem.
Alboś ty sam więcej wart ode mnie?
Może był więcej wart w dążeniach, w zasadach, ale jakie były jego czyny? Oto był na drodze do popełnienia ohydnego kłamstwa wobec Boga, ołtarza, ludzi i wobec istoty niewinnej a okłamywanej bezwstydnie!
Spojrzał na Kocię, która w tańcu bardzo bladą się stawała, i poczuł się pełnym litości dla niej. Biedne, wychuchane, wypieszczone stworzenie, skazane na to, by jej nigdy nie pokochało serce człowieka, którego usta z rozkazu, z obowiązku, z litości mówić jej będą o przywiązaniu. Może ona na nie zasługiwać będzie, ale to nic nie zmieni tej strasznej rzeczy: przymusu i kłamstwa, praktykowanego codziennie, przez całe życie!
Spostrzegł błagalne spojrzenie Aliny, zwracające się ku niemu od fortepianu:
— O, proszę, tylko żadnej historyi z mojej przyczyny! — szepnęła mu, gdy się ku niej pochylił — proszę mię tu
